O rozwiązywaniu problemów, czyli o tym, jak tworzą się zbędne — a czasem pasożytujące — instytucje

Esej publicystyczno-analityczny • wydanie do druku

Zimą obraz jest znajomy: pierwszy śnieg, chodnik przed domem, łopata oparta o płot. Jedni odśnieżają z przyzwyczajenia, inni z przyzwoitości, jeszcze inni — bo tak trzeba. Latem — woreczek na spacerze z psem. Drobne gesty wspólnoty: jeśli każdy robi swoje, świat działa przyzwoicie. Z czasem, po rozmowach przy furtce, rodzi się pomysł wspólnego wynajęcia kogoś do sprzątania. Od takich prostych scen zaczyna się opowieść o tym, jak troska zamienia się w przepis, a przepis — w strukturę, która żyje z problemów, jakie miała rozwiązać.

1. Gdy troska staje się obowiązkiem

Najpierw jest odruch współodpowiedzialności: umawiamy się z sąsiadami, że odśnieżamy kawałek chodnika; sprzątamy po swoich psach bez specjalnych apeli. Obyczaj działa, bo jest nasz — łączy działanie z widocznym efektem i zaufaniem. Z czasem pojawia się pytanie: „A co, jeśli nie wszyscy będą to robić?” Zamiast rozmowy z sąsiadem pojawia się potrzeba przepisu. Rodzi się instytucja: wydział, regulamin, kontrola.

Odpowiedzialność zmienia adres: z ulicy przenosi się do urzędu. To już nie „nasz” chodnik — to „teren gminy”.

Na pierwszy rzut oka to rozsądne: porządek, profesjonalizacja, pewność. Lecz po cichu dzieje się przesunięcie: odpowiedzialność osobista zostaje złożona w depozycie instytucji. Znika odruch „zróbmy to razem”, rośnie oczekiwanie „niech to ktoś zrobi za nas”.

2. Jak rodzi się problem, którego wcześniej nie było

Instytucja, która powstała, musi uzasadniać swoje istnienie. Potrzebuje więc problemu — stałego, mierzalnego, wymagającego „koordynacji”. Śnieg staje się „zagrożeniem dla bezpieczeństwa pieszych”, a nieposprzątany trawnik — „ryzykiem sanitarnym”. Pojawiają się kampanie, komunikaty, sprawozdania, a wraz z nimi — budżety i etaty.

Najłatwiej „zarządzać problemem”, trudniej go rozwiązać. Problem zaczyna funkcjonować jako uzasadnienie samej instytucji.

W ten sposób to, co było kwestią obyczaju, zostaje przepisane na język dokumentów. Problem nie znika — przeciwnie: staje się stałym źródłem aktywności administracyjnej.

3. Jak urząd uczy nas bezradności

Im więcej regulaminów, tym mniej potrzeby rozmowy. Zamiast prosić i współdziałać, uczymy się składać wnioski. Zamiast zaufania — pojawia się nadzór. Wspólnota, która potrafiła działać z przyzwoitości, zaczyna działać ze strachu przed mandatem. Odpowiedzialność osobista ustępuje miejsca poczuciu zależności.

Kiedy śnieg nie jest usunięty — „zawinił urząd”. Kiedy przychodzi kara — „zawinił obywatel”. Między jednym a drugim rośnie mgła procedur, w której ginie sens: „dla kogo to robimy i po co?”.

4. Gdy problem staje się kapitałem

Najsubtelniejsza forma pasożytnictwa zaczyna się wtedy, gdy instytucji potrzebne są już nie rozwiązania, lecz dane o problemie. Raporty, ewaluacje, strategie — wszystko to wygląda imponująco, ale często służy samopotwierdzeniu: „Problem istnieje, więc musimy działać; działamy, więc problem wciąż istnieje”.

Instytucja żyje z niedoskonałości, której nie wolno zlikwidować — bo wraz z nią zniknęłaby racja bytu urzędu.

W teorii przychodzi moment, w którym urząd powinien się zwinąć — bo cel osiągnięto. W praktyce bywa odwrotnie: im mniej realnej pracy, tym więcej dowodów, że „bez nas byłoby gorzej”.

Powrót do prostoty

To nie opowieść o „złych urzędnikach” ani o „złych obywatelach”. To opowieść o tym, jak łatwo dobro zamienia się w procedurę, a procedura — w pretekst do utrzymywania władzy nad cudzą odpowiedzialnością. Możemy odzyskać instytucje — wystarczy naświetlać ich sens: przypomnieć sobie, że porządek zaczyna się od rozmowy z sąsiadem, od łopaty w dłoni, od przekonania, iż wspólne sprawy są naprawdę wspólne. I że pojedyńczy ludzie mają wpływ.